zdjęcie Emila Miszka, czarno-biały portret mężczyzny z trąbką, napis: Jeśli już miałbym porównywać megalopolis do jakiegoś miasta, to do Gdańska"
04/10/2026

Jeśli miałbym porównać MEGALOPOLIS do miasta, to do Gdańska

16 muzyków, różne tradycje muzyczne, kompozycja i improwizacja. Emil Miszk opowiada o MODULAIRE, MEGALOPOLIS, mieście jako muzycznej metaforze, uważnym słuchaniu, edukacji i tym, dlaczego mimo AI wciąż potrzebujemy koncertów na żywo.

1. Od zamkniętych składów do Modulaire

Jak Emil Miszk doszedł do wniosku, że stałe składy ograniczają jego muzykę – i dlaczego postawił na międzynarodowy, modułowy zespół.

AM: Na początku swojej drogi byłeś strażnikiem idei niezastępowalności w zespole. Co doprowadziło Cię do zmiany myślenia wręcz o 180 stopni i sprawiło, że dziś proponujesz słuchaczom tak mozaikowy i polimorficzny Modulaire?

EM: Z czasem zauważyłem, że mając konkretny skład, nie za bardzo mogę do niego dołączać inne osoby, z którymi chciałbym grać. Jednocześnie nie interesuje mnie tworzenie jednorazowych projektów. Dlatego po latach pracy w zamkniętych składach stwierdziłem, że mojej muzyce i temu, co chcę osiągnąć, to po prostu nie służy. Do tego zorientowałem się też, że o wiele trudniej jest wyjść za granicę z wyłącznie polskim składem. W momencie, w którym założyliśmy kwartet PESH i zagraliśmy kilka tras, dotarło to do mnie bardzo mocno.

AM: Właśnie, to był taki kamień milowy dla Ciebie?

EM: Tak, myślę. Ta współpraca otworzyła przede mną furtkę, a był nią muzyk zakorzeniony w danej kulturze muzycznej i zaznajomiony ze specyfiką tamtejszej sceny. 

Jeżeli zaś chodzi o wielkość składu Modulaire, to już od dłuższego czasu chodziło mi po głowie, żeby taki zespół stworzyć i mieć w swoim katalogu przynajmniej jeden album – liczę na więcej. Myślę, że jest to unikatowe przedsięwzięcie w skali kraju.

AM: Czy są w Polsce jakieś porównywalne grupy?

EM: Nie ma zbyt wielu takich zespołów, które są w pełni oddolną inicjatywą. Działają pojedyncze big bandy radiowe czy takie orkiestry jak Big Band Śląsk. Jednak często funkcjonują przy jakichś instytucjach albo po prostu są to bardziej kolektywne twory.

AM: Działają na mniejszą skalę, bardziej lokalnie?

EM: Tak. I skupiają osoby z danego środowiska.

AM: Nie łączą światów. A wracając jeszcze do Twojego zwrotu ku Północy. Czemu Skandynawia? Czy to był świadomy wybór, wynik przypadku, nawiązanych kontaktów?

EM: Moja dziewczyna, Patrycja Wybrańczyk – perkusistka, która gra ze mną w PESH i Modulaire, studiowała w Oslo. W ten sposób znalazłem się tam i ja, wybierając to miasto w programie Erasmus w trakcie mojego doktoratu. Później zrealizowałem również kurs kompozycji w Norweskiej Akademii Muzycznej. Po wielu miesiącach pobytu w Oslo w sposób naturalny zacząłem obracać się w tamtejszym środowisku artystów, nawiązując wiele znajomości. Okazało się, że poznałem muzyków, którzy dzielili ze mną podobne wartości i cele w muzyce.

Po latach pracy w zamkniętych składach stwierdziłem, że mojej muzyce to nie służy. W Modulaire stawiam na międzynarodową, modułową formę – to unikatowe przedsięwzięcie w skali kraju.

 

2. Dlaczego Skandynawia? Muzyka pisana pod ludzi

Erasmus w Oslo, kurs kompozycji w Norwegii i spotkanie muzyków z podobnymi wartościami. Jak Skandynawia zmieniła sposób myślenia Emila o dużych zespołach.

AM: A czy polski słuchacz jest w stanie odróżnić twórczość polską od skandynawskiej?

EM: Myślę, że słuchacz będzie w stanie wyłuskać pewne cechy charakterystyczne dla obu tych scen.

AM: A Wy, muzycy, tylko korzystacie z tej odmienności?

EM: Tak, właśnie to łączenie różnych tradycji i wpływów tworzy kolejną warstwę i nową wartość. I to jest chyba najciekawsze we współpracach międzynarodowych. Mając zespół z tego samego miasta, środowiska czy nawet z tego samego kraju, gdzie np. edukacja jest podobna, gdzie tradycje wykonawcze są podobne, muzycy dość szybko łapią pewien wspólny… jak to nazwać…

AM: Wspólny vibe?

EM: Dokładnie, kierunek, w którym chcą podążać muzycznie.

AM: Ale to trochę ogranicza? Nie pozwala wyjść poza pewne ramy i ustalone horyzonty muzyczne?

EM: Tak. Tylko jest jeszcze taka kwestia, że odczuwasz to dopiero po jakimś czasie.

AM: Bo na początku jest fajnie.

EM: Tak. Choć to nie jest tak, że ja nie zamierzam już nigdy grać z lokalnymi, polskimi muzykami. Ale zarówno w muzyce, jak i życiu lubię zmiany. Potrzebuję raz na jakiś czas trochę oddechu od pewnych rzeczy, żeby je docenić na nowo.

Lubię wychodzić ze strefy komfortu. Potrzebuję raz na jakiś czas oddechu od pewnych rzeczy, żeby je docenić na nowo i złapać perspektywę.

AM: I złapać perspektywę?

EM: Tak, szczególnie kiedy dużo się gra i działa. Osobiście potrzebuję czasami wyjścia poza to.

AM: Poza tę bańkę?

EM: Uhm, a to się wiąże z tym, że uwielbiam stawiać sobie wyzwania.

AM: To zdecydowanie pierwszy wniosek, który narzuca się po prześledzeniu Twojej kariery. (śmiech) Wyzwanie to trochę Twoje drugie imię. Podobnie eksperyment. Mam wrażenie, jakby te dwie rzeczywistości cały czas były w Tobie silnie obecne.

EM: To mnie inspiruje, porusza i wciąga zdecydowanie najbardziej. Kocham grać, oczywiście. Kocham pisać muzykę. Ale lubię też wykraczać ponad to…

AM: Lubisz wychodzić ze strefy komfortu, takiej muzycznej?

EM: Tak, tak. Życiowo również. Po prostu uwielbiam robić nowe rzeczy.

POSŁUCHAJ FRAGMENTU MEGALOPOLIS

 

 

3. MEGALOPOLIS: miasto, 16 muzyków, jeden organizm

Album jako metafora miasta – z dzielnicami, uliczkami i mieszkańcami. Emil Miszk opowiada, dlaczego Gdańsk jest dla niego kluczowym punktem odniesienia i jak wygląda praca z 16-osobowym składem.

AM: A jeśli chodzi o Modulaire, to czy można dzisiaj powiedzieć, że to już jest orkiestra?

EM: Myślę, że to już ten etap. Aczkolwiek ten 16-osobowy skład, z którym wystąpimy na koncercie, to jest skład płytowy i jednocześnie największa odsłona tego zespołu. Jednak w DNA Modulaire od zarania jest modułowy mechanizm, który zakłada dowolną liczbę osób na scenie, różne składy i instrumenty. Nie chcę się ograniczać, ale też nie zamierzam być niewolnikiem dużego formatu. Chociażby z tego względu, że nie wszystkie lokalizacje koncertów stwarzają warunki dla tak licznych zespołów. Akurat Centrum św. Jana w Gdańsku jest idealne do orkiestrowych wystąpień.

AM: Czyli będziemy mogli zobaczyć Modulaire również w kameralnym składzie?

EM: Już zagraliśmy na Jazz Jantar w zeszłym roku koncert w 5-osobowym składzie. Dlatego te moduły, nowe wcielenia tego samego zespołu, nowe konstelacje, są tak wyjątkowe.

AM: A w takim razie, gdzie jest zaszyta tożsamość Modulaire? Bo jeśli wymienimy skład o połowę albo zmniejszymy o dwie trzecie, to czy nadal będzie to ten sam zespół?

EM: Ale on nie będzie grał beze mnie. (śmiech)

AM: Czyli to Ty jesteś tym duchem, który wszystko spaja?

EM: Tak.

AM: Wspominałeś kiedyś, że niełatwo jest grać z silnymi osobowościami muzycznymi. Jak zatem wygląda skład Modulaire, jak go dobierałeś i czym się kierowałeś?

EM: W zasadzie wszyscy z tego składu, który jest na płycie i z którym wystąpimy w Centrum św. Jana, to artyści i artystki, którzy robią swoje rzeczy. Sami komponują, tworzą, prowadzą zespoły, są liderkami i liderami. I trochę tak jest, że swój pozna swego. Ja również mam osobowość lidera. Lubię organizować i tworzyć jak najlepsze warunki do wspólnej gry. I wtedy czuję – jak poznaję nową osobę, z którą zaczynamy sobie grać, improwizować – że to jest ktoś, kto myśli podobnie. Nigdy nawet przez sekundę nie poczułem, że ktoś z Modulaire stara się usilnie postawić na swoim.

AM: Ciekawi mnie to zarządzanie, tak od kuchni. Bo co innego dogadać się w trzy osoby, a co innego w szesnaście. Czy zawieracie jakieś kompromisy, ustalacie warunki brzegowe, granice, których nie przekraczacie, nawet w sensie muzycznym? Proces twórczy w Waszym przypadku wydaje się niezwykle intrygujący. Gdzie w tym wszystkim jest Twoja rola. Kierujesz czy bardziej czuwasz i obserwujesz z boku?

EM: Zaprojektowałem utwory w ten sposób, żeby było w nich miejsce na improwizację i ekspresję wszystkich członków zespołu. Tu leżą granice. Jednak moją intencją była realizacja własnej wizji, co zapisałem w nutach. I nikt z zespołu tego nie kwestionuje. To doświadczeni muzycy, sami piszący na duże składy lub grający w takich zespołach. Mamy wspólne cele i świadomość swoich ról, dlatego współpraca układa się bardzo dobrze. I to jest też po części odpowiedź na pytanie, dlaczego Skandynawia. Ponieważ tam jest wiele dużych zespołów.

AM: Skandynawowie mają mocno zakorzenioną tradycję big bandową? Czy to raczej trend?

EM: To jest u nich poniekąd systemowe rozwiązanie. Mają wiele orkiestr jazzowych. Artyści otrzymują dużo przestrzeni na swobodną twórczość, pisanie muzyki na duże składy oraz występowanie w nich.

AM: A brakuje tego w Polsce?

EM: Uważam, że tak. Szczególnie brakuje takich tworów, które byłyby bardziej elastyczne niż typowy skład big bandów, gdzie masz cztery trąbki, cztery puzony, pięć saksofonów, fortepian, gitarę, kontrabas i perkusję. Chociażby w Akademii Muzycznej w Gdańsku tylko w takim składzie się gra, jeżeli chodzi o big band.

W Skandynawii to tak nie wygląda. Tam bardzo często spotkasz zespoły, w których jest jakiś wokal, klarnet, dwa saksofony, dwie trąbki. Pod tak „elastyczne” składy pisze się muzykę i to brzmi świetnie.

AM: Czyli można powiedzieć, że Skandynawowie tworzą muzykę pod ludzi, a nie odwrotnie? Punktem wyjścia są muzycy i konkretne możliwości, a dopiero potem powstaje wizja. Ta twórczość nie ma z góry wyznaczonych ram, nic nie jest narzucone, bo… tradycja.

EM: Bo tradycja, no właśnie…

AM: Przechodząc do Megalopolis. Gdy tworzyłeś tę muzykę, zakładałeś, jaki może być odbiór publiczności? W Twojej narracji o albumie dużo jest o słuchaniu i uważności po stronie słuchacza, stąd moje pytanie.

EM: Zależy mi na tym, aby widzowie świadomie przyswajali muzykę, ale niekoniecznie moją. Dawno się z tym pogodziłem, że moja twórczość nie musi się każdemu podobać i to jest okej. Bo rezygnowanie ze swoich wartości i wizji artystycznych tylko po to, żeby się wstrzelić w jakiś klucz, nie jest o mnie. Oczywiście, może spowodować, że większa ilość osób doceni tę muzykę, zacznie słuchać, przywiąże się na dłużej.

Myślę, że taki album jak Megalopolis może być świetnym materiałem do uważnego, kilkukrotnego słuchania, aby za każdym razem skupiać się na innym instrumencie, głosie czy improwizacji.

Album MEGALOPOLIS ma być materiałem do uważnego słuchania. Chcę walczyć ze spowszednieniem rytuału obcowania z muzyką, kiedy staje się ona jedynie tłem.

AM: Czyli zależy Ci na multiplikacji doświadczenia?

EM: Tak, tak. Chcę też trochę walczyć z zauważalnym zjawiskiem spowszednienia rytuału słuchania muzyki.

AM: Słuchamy muzyki wszędzie, w tramwaju, w domu, w pracy.

EM: I to jest okej, ja też dużo podróżuję ze słuchawkami.

AM: A może chodzi Ci o to, że muzyka jest z reguły tylko tłem? Że rzadko kto po prostu siada na kanapie, słucha i nic więcej nie robi.

EM: Dokładnie. Zależy mi na tym, żeby słuchacze wybierali muzykę trochę bardziej świadomie. Bo kiedy my sami coś znajdziemy i poświęcimy temu chwilę, dzieje się coś ważnego. A niestety jesteśmy poddawani tak wielkiemu nagromadzeniu muzyki ze wszystkich stron, że jedyne, co możemy zrobić, to po prostu biernie odbierać te sygnały i obserwować dynamicznie zmieniające się playlisty.

AM: A co Ty, jako eksperymentator, sądzisz o łączeniu i mieszaniu się gatunków muzycznych? Czy jest w ogóle jakaś granica?

EM: Mając cały świat muzyczny w kieszeni 24 godziny na dobę, nie sądzę, że są jakieś granice. Myślę, że dalej są i powinny być granice obyczajowe i kulturowe wynikające z umowy społecznej. Na zasadzie takiej, że filharmonia jest dedykowana do pewnego typu wydarzeń artystycznych, a np. Centrum św. Jana – do jeszcze innych. Swoją drogą bardzo mi się podoba, że są takie instalacje, jak ostatnio Księżyc, które poruszają w nas niezwykle czułe struny.

AM: Księżyc przyciągnął bardzo liczną i szeroką publiczność, podobnie LeŚnia w ubiegłym roku.

EM: No właśnie, sami pokazujecie, że nie ma tych granic. Nie ma granic sztuki.

Co do łączenia gatunków, myślę, że naprawdę można połączyć wszystko ze wszystkim. A ograniczają nas wyobraźnia i doświadczenie. Aktywne testowanie różnorodnych rozwiązań sprawia, że jesteśmy bardziej biegli i szybciej rozpoznajemy, co jest wzięte z czego, jaka tu jest inspiracja, z czym się to kojarzy itd.

A wracając do Twojego pytania, zależy mi, żeby słuchacze dzięki mojej muzyce zyskali jakąś dodatkową siłę do wejrzenia w głąb siebie. Aby mogli się na chwilę zatrzymać i słuchając tej muzyki czy obserwując nas na scenie, zaczęli myśleć o tym, co oni sami robią. To się czasami dzieje i jestem wtedy przeszczęśliwy, kiedy po koncercie ktoś podchodzi i dzieli się wrażeniami. Zdarza się, że ktoś powie, że to, co wydarzyło się na scenie, „coś mi zrobiło”. Nawet nie, że się podobało, ale że trafiło. Bo tak też może być.

AM: Chodzi o sam skutek.

EM: Dokładnie. Staram się wykorzystywać w tym celu moje różnorodne doświadczenie. Skończyłem wydziały klasyczny, muzyki dawnej i jazz, poznałem wiele gatunków i podgatunków, grałem w różnych zespołach i sytuacjach. Przez długi czas myślałem, że muszę się wyspecjalizować w czymś. A teraz czuję, że moją specjalizacją może być właśnie brak specjalizacji, otwarcie się na nowe i umiejętność wykorzystania tego, co mnie otacza.

AM: Umiejętność adaptowania się.

EM: Dokładnie, ale też adaptowania tego, co jest dookoła, do mojej muzyki.

Tak samo widzę też wszystkie gatunki muzyczne. Przychodzą kolejne, niektóre się wygaszają i są zastępowane przez inne. I fajnie mieć otwarte uszy na tyle, żeby po prostu móc z tego korzystać. I myślę, że słuchacze też mogą to robić.

AM: Z tego, co mówisz – nie tylko dziś, ale od lat – wyrasta Twoje przekonanie o mocno zakorzenionym poczuciu służebności sztuki. Artysta nie istnieje w oderwaniu od odbiorcy?

EM: Myślę, że w jakimś stopniu służę ludziom. Może to nie jest pierwsza moja myśl po przebudzeniu. (śmiech) Z jednej strony, jako artysta, czuję się w jakiś sposób uprzywilejowany. Mogę wejść na scenę, udzielić wywiadu jak teraz, nie będąc nawet bardzo znanym. Po prostu tak jest.

Jednocześnie czuję, że za tym wszystkim stoi też odpowiedzialność. Nawet jeżeli nie mam dużych zasięgów, to i tak jakaś grupa osób mnie obserwuje, kupuje płyty czy przychodzi na koncerty. Jestem świadomy, że mam jakiś wpływ na te osoby, mogę na nie jakoś oddziaływać. I skoro to się już wydarzyło i wypracowałem to przez lata, to chciałbym to…

AM: …pielęgnować.

EM: To jest po pierwsze pielęgnować i nie stracić tego, nie spalić tych kontaktów.

To jest dla mnie bardzo ważne, bo wypracowanie takiej relacji z publicznością trwa latami, a jednym złym ruchem można stracić to wszystko na zawsze lub na bardzo długo. I mam świadomość kruchości tej relacji. Dlatego staram się dbać o tę całą sferę obok mojej muzyki, jak najwięcej opowiadać o tym, dlaczego to robię, jakie przyświecają mi wartości, co mnie inspiruje i co ci ludzie mogą u mnie znaleźć.

AM: Wiele osób jest zdanych na siebie lub algorytmy.

EM: Albo w ogóle nie poszukują świadomie albo zdają się na przypadek. Jeśli ktoś trafi na mój utwór, pomyśli: „nie wiem zupełnie, co to jest”. Ale wtedy ja mogę wyjść tej osobie naprzeciw, np. w jakimś opisie. Przykładam do tego dużą wagę.

AM: Chcesz być przewodnikiem we własnym świecie?

EM: Imponuje mi podejście galerii sztuki współczesnej. Tam wręcz cały budynek jest zaprojektowany pod doświadczenie odbiorcy. Każdy zakątek, zakręt, wszystko jest opisane, każde dzieło, wszystko ma swoje znaczenie. Kuratorzy tak kreują wystawy, żeby człowiek szedł płynnie tą drogą. I to mi daje do myślenia.

AM: Tylko tu jest łatwiej niż w świecie muzyki.

EM: Rozumiem, jasne. Nie da się tego dotknąć.

AM: Dla Ciebie jako twórcy to duże wyzwanie.

EM: Ale nie znaczy, że nie warto go podjąć. I to jest też coś, co zrozumiałem dosyć niedawno, że wszystko, co robię – szlifuję umiejętności, słucham innych, szukam inspiracji – ma ogromne znaczenie. Moim obowiązkiem jest coś oddać ludziom i publiczności, ale też studentom czy uczniom i uczennicom, którzy przychodzą do mnie na warsztaty. Czuję, że jest to mój obowiązek, żeby to, co ja sobie przemyślę w głowie, to, co mi się uda uzmysłowić, zrozumieć z tego świata – który jest tak skomplikowany i szybki – w jakiś sposób oddać, może coś uporządkować, uprościć. Właśnie poprzez muzykę. Myślę, że gdybym nie grał, to bym pisał.

AM: Właśnie chciałam o to zapytać.

EM: Albo prowadziłbym jakiś biznes. Ale na pewno byłoby to coś swojego. Moi rodzice założyli piekarnię w roku, w którym się urodziłem i prowadzili ją przez trzydzieści parę lat. Wraz z siostrą i bratem w każde wakacje im pomagaliśmy. Ta niezależność jest mocno zakorzeniona w mojej rodzinie i to wciąż podświadomie we mnie rezonuje.

AM: Ukształtowało Cię.

EM: Tak, to kiełkowało i teraz na tyle jestem chyba dojrzały, że mogę to dostrzec i w ogóle powiedzieć o tym głośno, że tak, to jest…

AM: …to, co Ci pasuje, Twoja droga.

EM: Tak, tak. Lubię mieć wpływ na rzeczy, dlatego dużo organizuję i działam projektowo. A wracając do widowni, tak jak mówisz, dużo osób tak naprawdę nie wie, czego szuka i czego potrzebuje, jaka jest ich droga. Gubią się w tym świecie muzycznym.

AM: A takiej osobie, która załóżmy, że poczuła miętę do jazzu, co byś polecił na początek?

EM: Hm… Myślę, że to będzie Miles Davis i szczególnie jego album „Kind of Blue”. To jest klasyk i dobry początek. Ale myślę, że też taki saksofonista jak Charlie Parker to może być punkt wyjścia. No i teraz pytanie, w którą stronę ta osoba podąży. Bo może się cofnąć i wrócić do Louisa Armstronga. I to jest też świetna muzyka. A może pójść dalej w dużo bardziej współczesne, może trochę funkowe brzmienia. Naprawdę jazz jest dzisiaj tak szerokim pojęciem…

AM: Przed naszą rozmową myślałam o znanym musicalu „La La Land”. Czy Ty kiedykolwiek byłeś w podobnej sytuacji jak główny bohater tego filmu – Sebastian? Który po części sprzeciwiał się komercjalizacji jazzu i obstawał przy konserwatywnej wizji tego gatunku.

EM: Mam w głowie takie zdanie, które wypowiedział wybitny kompozytor i dyrygent Gustav Mahler z przełomu XIX i XX wieku. Powiedział kiedyś, że dbanie o tradycję nie polega wcale na wielbieniu popiołu, tylko na staraniu się o podtrzymanie ognia. (przyp. red. „Tradycja to nie kult popiołów, lecz przekazywanie ognia”) I widzę czasami w środowisku ludzi, którzy coś, czego już nie ma, chcą ożywić i nie zgadzają się na nowe. To jest normalne i ludzkie. Ale ja chyba nie byłem nigdy w takim miejscu, żeby być jakimś zagorzałym obrońcą…

AM: …czystości gatunku muzycznego.

EM: Tak, bo sama też to powiedziałaś, ja lubię te eksperymenty. Ale bardzo lubię zadawać sobie to pytanie, dlaczego ktoś na siłę broni czegoś, co już przeminęło. Jasne, może kiedyś powróci jakaś moda, ale nie zawsze to samo będzie na piedestale. Podium popularnych gatunków zawsze będzie się zmieniać. I to coraz szybciej.

Wydaje mi się, że to jest trochę tak, jak gdy stawiasz wszystko na jedną kartę i liczysz, że zadziała. I będzie działało zawsze. W każdych warunkach. A jednocześnie widzisz, że dookoła ciebie rzeczywistość się zmienia i te karty nie dają Ci zwycięstwa. I teraz wiadomo, że w pierwszej chwili człowiek może się bać, bo widzi, że to zmierza gdzieś indziej, a przecież było tak fajnie. Bardzo często mamy z tym do czynienia. W różnych obszarach życia. Ktoś jest przyzwyczajony do jakiegoś ładu, który się kończy. I chyba dobrze jest wtedy dać sobie czas na nowe otwarcie, eksperymenty, zrozumienie. Rozejrzeć się. Bo może ta zmiana nie jest taka straszna.

Nie wiem, co się wydarzy, gdy cała Afryka zyska dostęp do Internetu i szerzej poznamy to, co dzieje się tam muzycznie. W końcu to właśnie tam są korzenie jazzu.

AM: Czyli świat jazzu może bardzo ewoluować.

EM: Tak, myślę, cały czas ewoluuje. To samo było z wykorzystywaniem elektroniki, ukłonem w stronę folku, mariażem z hip-hopem, do tego new jazz, latin jazz…

AM: Chciałam jeszcze pociągnąć wątek Megalopolis. Album opowiada o mieście. Czy projektowałeś je według jakiejś wizji? Znajdziemy gdzieś w świecie jego reprezentację?

EM: Nie ma konkretnego miejsca na ziemi, do którego mógłbym porównać Megalopolis. Wolę pozostać na poziomie metafory miasta w ogóle, w którym jest wiele dzielnic i uliczek, wiele decyzji do podjęcia. To wszystko jest połączone jakąś komunikacją, lepiej bądź gorzej działającą. Są różne zakamarki, które możemy odwiedzić. Nawet mieszkając w nim, możemy się poczuć jak turysta, bo zwyczajnie nie jesteśmy w stanie wszystkiego doświadczyć i poznać za jednym razem. I tu właśnie chodzi o tę wielość doświadczeń.

Jeśli już miałbym porównać MEGALOPOLIS do jakiegoś miasta, to do Gdańska. Bardzo lubię odkrywać nowe miejsca w naszym mieście i czuć się jak turysta. To jest ten efekt świeżości, zaskoczenia.

AM: A idąc dalej tą metaforą, kim jest Emil Miszk w MEGALOPOLIS?

EM: Burmistrzem. (śmiech)

AM: A może architektem?

EM: O tak, raczej architektem.

AM: A muzycy? Kim mogą być?

EM: Trudno powiedzieć.

AM: Może uosobieniem dzielnic?

EM: Myślę, że tak. Czasami będą konkretną dzielnicą, czasami jakimś jednym mieszkańcem, który zabierze głos. Podoba mi się ta dynamika. Miasto też się wciąż zmienia. Pory roku, mieszkańcy… Wydaje mi się, że miejsca, w których będziemy grali, również będą miały wpływ na kształt tego miasta.

AM: Każdy Wasz koncert to będzie coś niepowtarzalnego?

EM: Liczę na to.

AM: A co robi Emil Miszk, gdy nie gra? Już słyszałam, że na urlopy rzadko chodzisz.

EM: Rzadko. Za rzadko. Choć mimo tego, że dużo latam i jeżdżę, to nadal lubię podróżować.

AM: A masz ulubione miejsca w Gdańsku, w Trójmieście, gdzie myślisz, tworzysz?

EM: Mieszkam na Długich Ogrodach. Ale szczególnie lubię tereny pomiędzy Olszynką a Dolnym Miastem. Bardzo często chodzę na spacery czy biegam w okolicach bastionów. Choć staram się nie przywiązywać do miejsc, bo nie zawsze mam taki komfort, żeby wracać tam, gdzie chcę. Więc pracuję nad umiejętnością szybkiego odnajdywania się w nowej okolicy, żeby się móc szybko wyciszyć i skupić na muzyce.

Gdybym miał porównać MEGALOPOLIS do jakiegoś miasta, byłby to Gdańsk. Ja jestem w nim architektem, a muzycy uosobieniem jego dzielnic.

KUP BILETY NA KONCERT

 

 

4. „Nie piszę muzyki pod 30-sekundowe playlisty”

Streaming, playlisty, muzyka jako tło – Emil Miszk apeluje o bardziej świadome słuchanie i opowiada, dlaczego zastanawia się, czy MEGALOPOLIS powinien w ogóle trafić na główne platformy.

AM: Wspominałeś kiedyś, że jesteś trębaczem, tylko i aż. A kim jesteś dzisiaj?

EM: Co jakiś czas świat stawia przede mną różne możliwości i zapytania. I ja się na nie zgadzam z reguły. Ale zawsze po każdej takiej pracy uświadamiam sobie, że moje miejsce jest na scenie w roli muzyka i trębacza.

Choć oczywiście lubię mieć też inne opcje w życiu. Na pewno edukacja jest dla mnie ważnym elementem. Wielu z muzyków, których znam, też uczy. I to jest normalne. Dobrze jest mieć stałą pracę poza koncertowaniem, ponieważ muzyczny świat nie jest do końca przewidywalny.

W mojej pracy nauczyciela widzę, jakie wyzwania wciąż stoją przed nami. Niestety model, w którym nadal funkcjonujemy w Polsce, wyczerpał się.

AM: I nie ma na horyzoncie nowego?

EM: Nie widzę go.

AM: A wiesz, jak to rozwiązać?

EM: Mam sporo pomysłów. Na pewno ważną wartością, którą powoli udaje mi się wprowadzać, na przykład w Akademii Muzycznej w Gdańsku, jest uczenie projektowe.

Co ciekawe, Ministerstwo Edukacji Narodowej czy Centrum Edukacji Artystycznej, odpowiadające za program, nie zakazują metody projektów. To, że jest jej niewiele, to kwestia przyzwyczajenia, narzucenia, kanonu i trwania przy tym. Myślę, że to znów kwestia Sebastiana: „Ale czemu chcemy to zmienić? Przecież jest dobrze. Przecież siedzicie w dwójkach, w ławce”.

AM: Ale zawsze tak było…

EM: Dokładnie. A ja sam pamiętam, że najciekawsze zajęcia były wtedy, gdy mogliśmy złożyć razem ławki, usiąść w grupie albo podzielić się na dwa zespoły, gdzie każdy nad czymś pracuje, jest jakaś rywalizacja, podpatrywanie innych, emocje. I umysł zaczyna się otwierać. Nie pamiętam tych tysięcy godzin siedzenia w ławkach nad podręcznikami.

AM: Czyli metoda projektowa sprawdza się tak samo dobrze w edukacji muzycznej jak w ogólnokształcącej?

EM: Tak i na szczęście w szkołach coraz więcej się o tym mówi. Bo czy nie na tym polega dorosłe życie? Co chwilę musimy radzić sobie z nowymi ludźmi, poglądami i problemami, eksperymentować czy fokusować się na jednym wyzwaniu. Czuję, że praca projektowa ubogaca nas jako ludzi, nawet jeżeli w pierwszej minucie boli. To zaprocentuje później w życiu muzyka czy każdego młodego człowieka.

AM: A jeśli chodzi o samo uczenie muzyki, jak to widzisz? Czy obecna edukacja dzieciaków i młodzieży daje pole do tego, aby młodzi ludzie zaglądali w siebie, otwierali się na swoje umiejętności, odkrywali talenty?

EM: Wiele osób powie, że nie mam racji, ale nie widzę tego w różowych czy nawet jasnych barwach. W szkołach muzycznych młodzi ludzie nie mają szans na znalezienie i poznanie tego, w czym są dobrzy, ponieważ odbiera im się szanse na eksperymentowanie, próbowanie, testowanie.

Chodzi też o to, że jest mało szacunku do muzyki w ogóle. Tylko ściśle określone gatunki to prawdziwa muzyka. Jeśli ucząc się na klasycznych skrzypcach przyznasz się nauczycielowi, że mało ćwiczyłaś, ale napisałaś piosenkę i trzy akordy wymyśliłaś, no to nie sądzę, że ten nauczyciel pobiegnie do pani dyrektor i Cię pochwali. A przecież można by zaaranżować tę piosenkę i zagrać wspólnie na jakimś koncercie finałowym. Nie, będzie odwrotnie. Usłyszysz, że fajnie, ale powinnaś ćwiczyć tego Mozarta. I na tym koniec.

AM: Czyli znów trochę wraca Sebastian.

EM: A to po prostu jest potrzebne… Potrzebne są osoby na wysokich stanowiskach dyrektorskich, rektorskich, dziekańskich, kierowników katedr, które mają jakąś wizję i nie chcą siłą inercji kulać tej kulki. Osoby, które będą świadome wyzwań współczesnego rynku muzycznego, aby dawać tym młodym ludziom jakąś perspektywę, narzędzia.

AM: Żeby taki młody artysta mógł iść dalej, miał siłę, samozaparcie.

EM: Przede wszystkim, żeby był przekonany o swojej wartości. Bo z tym jest największy problem. W większości to są wrażliwi ludzie, jeszcze nieodporni na negatywne komunikaty. I to szufladkowanie, zamykanie, tłamszenie kreatywności nie buduje ich pewności siebie.

A teraz jest trochę tak, że kończysz studia i na papierze w programie nauczania jest wszystko tak podane, że czyni z Ciebie cyborga sceny muzycznej, killera, wszystko masz. Tylko że jakimś cudem ci ludzie wychodzą z uczelni i nie wiedzą, co dalej. Albo nie znają realiów albo zderzają się ze światem muzycznym, który nie jest łatwy. Takim newralgicznym obszarem dla początkującego artysty jest chociażby prawo autorskie.

Dziś mamy nieograniczony dostęp do wiedzy za pośrednictwem Internetu i tradycyjny wykładowca nie jest już potrzebny. Potrzebny jest przewodnik, mentor, który Ci pokaże, że 12 z 15 artykułów, które sobie wygooglowałaś, się nie nadaje, ale 3 są cenne. To jest według mnie – w wielkim skrócie – archetyp współczesnego nauczyciela. Który jest kuratorem informacji. Który się opiekuje, wspiera, obserwuje z boku i kiedy jest potrzebny, to się pojawia. Do którego się przychodzi na rozmowę, a nie „wałkowanie” suchych informacji. Młody uczeń potrzebuje dziś wskazówek, aby wyłuskać, co jest ważne, a co nie. Bo sztuczna inteligencja zmienia wszystko.

Współczesny nauczyciel powinien być kuratorem informacji i przewodnikiem, który wspiera i ukierunkowuje, a nie wymaga wałkowania suchych faktów.

AM: To temat, który w końcu musieliśmy poruszyć. Jesteś sceptycznie nastawiony do AI jako muzyk, artysta?

EM: Codziennie korzystam ze sztucznej inteligencji i ona mi pomaga. Czuję, że mogę robić więcej rzeczy i to jest super. Często rozmawiamy o tym w środowisku. Zawód muzyka jako wykonawcy według mnie nie jest zagrożony. Bo my dalej potrzebujemy gromadzić się w jakichś miejscach, improwizować, koncertować.

AM: A czy sam proces twórczy jest zagrożony? Przez kopiowanie, schematyczne myślenie, brak kreatywności. Gdzie jest miejsce na wyjątkowość, niepowtarzalność, nierozerwalne połączenie dzieła z jego twórcą?

EM: Jedno z większych zagrożeń, jakie widzę, to to, że w ogóle trzeba się zastanawiać, czy coś jest dziełem AI. A może zrobił to człowiek, tylko nieudolnie. Może nie miał pomysłu, ale musiał to szybko skończyć. I myślisz sobie: „Pewnie wygenerowali to w AI”. A tymczasem po drugiej stronie ktoś siedział tydzień, naprawdę nad tym pracował. Widzę tu duże zagrożenie, że musimy to w ogóle rozstrzygać.

Do tego dochodzi saturacja propozycji, które dostajesz. Kiedyś miałaś playlistę, na której była ograniczona liczba utworów i wszystkie były stworzone przez artystów. A dziś na tej samej playliście masz tylko część piosenek stworzonych przez człowieka, a resztę przez AI. My odbiorcy nie jesteśmy aż tak wyczuleni na te różnice.

AM: I nie umiemy ich rozpoznać.

EM: Tak i tutaj znów wracamy do uważnego słuchania. Warto chwilę się zastanowić, zatrzymać, zorientować, przeczytać jakiś opis, sprawdzić, kto grał. Po prostu zaangażować się, skoro ktoś poświęcił część swojego życia na to, żebyś mogła teraz tego posłuchać. Myślę, że fair jest trochę tej energii oddać. Tylko, że streaming to wszystko zrujnował… Bo za trzydzieści złotych miesięcznie masz dostęp do miliarda utworów. Streaming silnie wpływa na artystów. Gdzie jest wstęp, intro do utworu? Straszne to jest. Sami artyści zaczynają myśleć, że musi być krócej i najlepiej, jak szybko wejdą w refren.

Dlatego sam zacząłem zastanawiać nad tym, czy MEGALOPOLIS powinien się tam znaleźć. Bo moja muzyka nie jest o tym. Nie chcę w tym uczestniczyć. Jeszcze się biję z myślami. Ale prawdopodobnie będzie na YouTubie i Bandcampie, czyli takim niszowym medium, gdzie można wspierać artystów. Nasza płyta będzie na pewno do kupienia na stronie mojej wytwórni Alpaka Records.

AM: Jeśli ktoś kiedyś powie: „Wiem, jak brzmi Emil Miszk”, czy to Cię przerazi? Czy też będziesz zadowolony?

EM: Myślę, że będę usatysfakcjonowany, jak ktoś będzie mógł rozpoznać moje brzmienie albo mój sposób pisania muzyki. To się czasami dzieje.

AM: A nie boisz się zaszufladkowania? Że ten styl będzie taki… przewidywalny? Że zatracisz eksperymentowanie? Element zaskoczenia?

EM: I tak i nie. Finalnie jest coś ważniejsze dla artysty. Chyba dla mnie zamyka się to w słowach: „nie wszystek umrę”. To chyba jest najważniejsze. Zbudowanie jakiegoś monumentu. Który zostanie na zawsze i zapisze się w historii.

Jestem świadomy, że zawsze już będę bardzo niszowym artystą. Ale mimo to zależy mi na tym, że ktoś wspomni moje nazwisko lub posłucha moich nagrań. I ta muzyka będzie ponadczasowa. Może poznać mnie po mojej piątej płycie czy dziesiątej i nie znać dziewięciu poprzednich. Chciałbym, żeby temu odbiorcy zawsze towarzyszyła myśl w stylu: „O, to ciekawe! Dziwne. Wyjątkowe.”

Myślę, że rozpoznanie artysty po jego muzyce, to jest największy komplement. Tak czy siak. Nawet jeżeli będę mniej zaskakiwać i mieć na tyle wyrobioną markę. Dziś tak szerokie spektrum wyrażania siebie na scenie, w muzyce, poprzez okładkę, że zawsze znajdzie się jakaś nisza. Zacznę grać w inny sposób, w innym studiu, inną techniką zrobię nagranie. A muzyka będzie dalej ta sama.

Nie jestem zakładnikiem mojej twórczości. Mogę żonglować, zmieniać te elementy. Instrumentacja, kompozycja, aranżacja, brzmienie, realizacja dźwięku itd. Zaskakiwać słuchacza za każdym razem. Zapraszać artystów do współpracy czy wprowadzić śpiewaka operowego, jak w MEGALOPOLIS. Nie trzeba wszystkiego wywracać na drugą stronę. Małą łyżeczką też się można najeść.

Największym komplementem dla artysty jest moment, w którym słuchacz rozpoznaje jego brzmienie. Chciałbym, aby moja muzyka była ponadczasowa i skłaniała do myślenia.

 

Emil Miszk MODULAIRE – MEGALOPOLIS
Przedpremierowy koncert albumu
7 października 2026 | godz. 19:00
NCK – Centrum św. Jana, Gdańsk
Bilety: evenea.pl

Rozmawiała: Anna Makiewicz
Emil Miszk – trębacz, kompozytor i improwizator, lider projektu Modulaire.